Jak bardzo naiwnie by to nie brzmiało, w Szwajcarii
znalazłam się całkiem przypadkiem. Oczywiście nic na świecie nie dzieje się
przypadkowo, pewnie podświadomie „ściągnęłam” na siebie ten wyjazd odkąd 6 lat
temu spędziłam trochę czasu służbowo w Genewie, marzyłam żeby tutaj wrócić i
zobaczyć miejsca których wtedy nie zdążyłam odwiedzić oraz zobaczyć wszystko o
innej porze roku, w innej odsłonie.
I tak, latem zeszłego roku dostałam propozycję
odwiedzenia tego kraju celem rekrutacji do pracy, którą to wycieczkę
potraktowałam z przymrużeniem oka nie licząc na pozytywny wynik rozmowy
rekrutacyjnej. Jakież było moje zdziwienie kiedy dwa dni później otrzymałam
konkretną ofertę pracy i pytanie kiedy mogę zacząć. Po 10 latach spędzonych w
jednej firmie, rekrutacje na zewnątrz traktowałam bardziej jak rozrywkę i chęć
poczucia że jestem pożądana na rynku pracy, ale nie brałam pod uwagę aż tak
ogromnej zmiany! Biłam się z myślami
ponieważ była to bardzo kusząca i ciekawa możliwość zamieszkania w innym kraju,
w innej kulturze, ale w Warszawie miałam całkiem ciekawe i ustabilizowane życie
(oraz dokonaną pierwszą wpłatę na zakup mieszkania), dlatego decyzja nie była łatwa
i nie mogła być podjęta pochopnie. Mój
Mąż obserwując cały proces rekrutacji podsumował go tak: „wygrałaś wyścig,
teraz trzeba odebrać nagrodę” i tym samym rozpoczął proces oswajania się z
myślą aby jednak skusić sie na wyjazd, który i tak na tamtą chwilę wydawał sie
czymś odegłym w czasie i abstrakcyjnym. Dopiero 3 miesięczny proces przygotowań
do wyjazdu krok po kroku uświadamiał mi że to dzieje się naprawdę i zanim się
obejrzałam egzaminy na studiach były zdane, obowiązki w starej pracy
przekazane, dokumenty gotowe do wyjazdu a znajomi gotowi na serię imprez
pożegnalnych.
Komentarze
Prześlij komentarz